
Ostatni człowiek był ostatnim, ponieważ zrozumiał sytuację jako pierwszy. Rzucił się do ucieczki. Nie za osłonę, nie do pojazdu – po prostu zrobił w tył zwrot i dał dyla przed siebie, jakby sam dystans miał go uratować przed czymś, co jeszcze kilka minut temu było martwe. Wolf przesunął za nim lufę. Implant chciał doprowadzić ruch do końca, ale tym razem ręka właściciela skorygowała cel odrobinę niżej. Nie w plecy. W nogi. Nacisnął spust. Najemnik runął ciężko w piach, przeturlał się raz czy dwa i został na ziemi. Jęk dotarł do Wolfa sekundę później. Dobrze. Martwi ludzie byli przydatni tylko statystykom. Żywi czasami mieli odpowiedzi. Wolf zeskoczył ze stanowiska i ruszył w stronę rannego, zbierając po drodze pistolet z jednego z ciał. Nie spieszył się. Człowiek przed nim próbował odczołgać się dalej, zostawiając za sobą ślad juchy w piachu, ale szybkość nigdy nie była po jego stronie. Wolf podszedł na tyle blisko, żeby nie musieć podnosić głosu. Trzymał broń nisko, ale gotową. Jeśli tamten spróbowałby sięgnąć po własną, ostatnia rozmowa tego wieczoru skończyłaby się nader szybko.
Najemnik odwrócił głowę i zamarł. Najpierw zobaczył pistolet, potem sylwetkę stojącą nad nim, a na końcu metal, którego przy pierwszym spotkaniu mężczyzn zwyczajnie nie było. Rozpoznanie przyszło niepełne, poszarpane, jak wspomnienie po ciężkim urazie. Czy rozpoznał Wolfa od razu? Ciężko stwierdzić. Miał jednak świadomość czegoś innego – że stojący nad nim zlepek mięsa i metalu winien być martwy.
– Nie… nie, kurwa, nie… myśmy… myśmy cię… – wyrzucił z siebie, cofając się po piachu na łokciach, choć jedna noga już kompletnie odmawiała współpracy.
Wolf patrzał na niego z góry. Przez moment sytuacja ułożyła się w znajomy obraz – ciało na ziemi, bezradność, przewaga należąca do kogoś innego. Wargi cyborga ułożyły się w smutny uśmiech, a potem popłynęły słowa.
– Ale wtopa, co, Kikut? Kiedy jak kiedy, ale tym razem twoja ekipa dała dupy po całości.
Zrobił krok naprzód i opuścił metalową stopę na przestrzelone kolano. Nie docisnął mocno. Bo nie musiał. Najemnik, mimo wstępnego skołatania, zrozumiał sytuację natychmiast. Krzyk urwał się w gardle, gdy nacisk zwiększył się o ledwie odrobinę.
– Mogę cię teraz zabić. Bez wysiłku. – Wolf pochylił głowę, jakby rzeczywiście rozważał tę możliwość.
– Tylko widzisz… zawsze byłem ciekawy świata. Może zbyt ciekawy. Mam tendencje do pchania palców między drzwi, czy jak to się tam mówi.
Kolba pistoletu trafiła mężczyznę w twarz i rzuciła jego głowę na bok. Splunął krwią, zakaszlał i spróbował coś powiedzieć, ale Wolf wskazał brodą na podniszczony pojazd stojący za nimi.
– Ten blaszak? Salon piękności Molocha. Ja chcę wiedzieć, jak działa. A ty właśnie zgłosiłeś się na królika doświadczalnego. Ale masz farta, Kikut…
Na te słowa twarz rannego zmieniła się bardziej niż po uderzeniu. Spojrzał ponad ramieniem Wolfa na ciemny właz i w jego oczach pojawił się zupełnie inny rodzaj strachu.
– Nie. Nie, stary… nie! Nie tam. Kurwa, tylko nie tam! Zastrzel mnie. Słyszysz? Zajeb mnie i skończmy to! Będzie po sprawie!
Wolf uśmiechnął się krzywo. Metalowe łapsko zacisnęło się na szczęce i gardle więźnia, tłumiąc niedoszły wrzask i zmieniając go w bełkotliwe charczenie.
– Ciii… cichaj. Wiesz, jak to leci: mowa jest srebrem, a milczenie…
Ruszył z jeńcem z powrotem do „salonu piękności”. Nie niósł go ostrożnie – po prawdzie to bardziej wlókł, wykorzystując siłę mechanicznego ramienia tak, jakby przeciągał ciężki wór po magazynie. Każdy metr przekładał się na ślady krwi, urwane przekleństwa i coraz słabsze próby wyrwania się z uchwytu. Przy bocznym włazie najemnik spróbował jeszcze raz zaprzeć się zdrową nogą o próg, ale Wolf szarpnął mocniej i wraził go do środka. Metalowe wnętrze przyjęło ich tym samym niskim pomrukiem, którym wcześniej obudziło jego samego. Lampy aktywowały się ponownie. Gdzieś nad stołem poruszyło się jedno z przegubowych ramion, powoli obracając chwytak w ich stronę. Więzień zobaczył je pierwszy.
– O Boże… o kurwa… nie, nie, nie… – wychrypiał, gubiąc resztki nadziei. Wolf poczuł, jak ciało w jego uchwycie zesztywniało, kiedy po ścianie, z góry na dół, przesunęła się cienka linia błękitna linia skanera medycznego. Na rannym zatrzymała się zdecydowanie dłużej niż na nim samym. Na obrzeżu pola widzenia pojawiły się kolejne komunikaty: MASA BIOLOGICZNA: ŻYWOTNA. STAN: ZDEGRADOWANY. PRZETWARZANIE: MOŻLIWE. Mechaniczne ramię opuściło się o kilka centymetrów. Najemnik znowu zaczął się szarpać.
– Stary, słuchaj mnie. Powiem ci wszystko. Steve, baza, ludzie, trasy, kurwa, wszystko. Tylko mnie stąd wypuść! – Wolf beznamiętnie spojrzał na niego, a potem na urządzenie.
– Widzi mi się raczej, żeby jebnąć cię na stół i sprawdzić, co ta Złota Rączka pod sufitem zrobiła z moim truchłem, zanim wy sobie o nim przypomnieliście. Chyba, że masz coś naprawdę konkretnego, co chciałbyś mi wyśpiewać?
Cyborg rzucił tę kwestię niemal pogodnie, po czym bez większej ceremonii cisnął najemnika na metalową płytę. Blat zadzwonił głucho, więzień zaklął i spróbował poderwać się na łokciach, ale nie zdążył. Obejmy zamknęły się kolejno na nadgarstkach, ramionach, torsie i szyi. Najpierw lekko. Potem dostrzegalnie ciaśniej.
– Czekaj, kurwa, czekaj! Przecie mówiłem, że się dogadamy! – wychrypiał, rzucając się coraz gwałtowniej. Nad nim poruszyło się przegubowe ramię. Zacisk na końcu wykonał kilka drobnych, precyzyjnych ruchów, jakby mechaniczny chirurg rozprostowywał palce przed zabiegiem.